Przejdź do głównej zawartości
Postaw mi kawę na buycoffee.to

3 x B - relacja

Wakacje to czas na podróże. W tym roku, podobnie jak w zeszłym, wybraliśmy rowery i pedałowanie wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku. Morze i szczyt sezonu to nienajlepsze połączenie, ale co zrobić, trzeba korzystać z okazji ;)



Plan był prosty, jedziemy pociągiem z Poznania do Świnoujścia, a dalej rowerami szlakiem latarń morskich docieramy od niemieckiej do rosyjskiej granicy i zawracamy do Gdańska na pociąg powrotny.
Wybraliśmy ten kierunek jazdy z racji wiatrów, wiejących od zachodu do wschodu, ale jak się okazało nam zawsze wieje w pysk :P Z dworca ruszyliśmy najpierw na granicę, by zacząć przygodę. Pogoda nie była zła, pochmurno, momentami pokropiło, dość przyjemna temperatura, więc z łatwością łykaliśmy kilometry.
Odwiedzamy latarnię w Świnoujściu, ruszamy przez lasy w stronę latarni Kikut. Po drodze zahaczamy o Goeben, która w czasie wojny była baterią ciężkiej artylerii przybrzeżnej, a teraz pełni rolę wieży widokowej i przeciwpożarowej, z której rozpościera się naprawdę fantastyczny widok na otaczające lasy i plaże.

Dalej Międzyzdroje, Woliński Park Narodowy i punkt widokowy na wzgórzu Gosań, skąd znowu mamy piękne widoki, i nawet niewielu ludzi, więc można pobawić się kadrami i nieco odpocząć od tłumów w miasteczkach i na promenadach.


Latarnia Kikut jest nieudostępniona do zwiedzania, a zdobycie jej z rowerami to istny sajgon. Piasek i stromizna nie są najlepsze do pchania roweru, ale jakoś się wepchnęliśmy. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej w dobrej aurze, świeciło słoneczko..., ale jak po kilku kilometrach zaczęło padać, to tak prawie bez końca padało przez kolejne 2,5 dnia :P

Dotarliśmy na camping w Międzywodziu, wszystko było na całkiem spoko poziomie, a do tego bardzo sympatyczni właściciele, poczęstowali nas kawą i co ważne kocem ;), bo jak się okazało torby Ani, które miały wytrzymać wielogodzinny deszcz przeciekły od razu i wszystko było mokre, mój śpiwór też zamókł, ale jakoś daliśmy radę ;) Musieliśmy okopać namiot, a rano i tak wszędzie dookoła była woda i - jakby ktoś się nie domyślił - padało dalej. Chcąc, nie chcąc musieliśmy ruszyć dalej. Na szczęście było dość ciepło, moja kurtka przestała być wodoodporna i ciekła jak szmata, więc przesiadłem się na samą koszulę, która chociaż szybciej schła. W deszczu dojechaliśmy do Trzęsacza, gdzie korzystając z mniejszego opadu zrobiliśmy kilka zdjęć ruinom kościoła i dotarliśmy do latarni w Niechorzu, gdzie na chwilę wyszło słońce. Ale spokojnie, po chwili znów padało. Jechaliśmy szlakiem przy jednostce wojskowej do punktu widokowego, gdzie pogoda była naprawdę sympatyczna, ciepły wiatr, nie padało, słońce przebijało się przez chmury, więc postanowiliśmy wszystko wysuszyć i zostać tu, by nie zmoknąć bardziej.


Nad ranem znów zaczęło padać i lało tak praktycznie przez cały kolejny dzień. Jak się okazało, jechaliśmy szlakiem o jakże motywującej nazwie KU SŁOŃCU, ale jakoś to słońce ukazać się nie chciało. Kolejna latarnia w Kołobrzegu i małe rozpogodzenie, dzięki temu mogliśmy się przejść wzdłuż plaży i dać odetchnąć przemoczonym tyłkom.



Kawałek za Kołobrzegiem, w Sianożętach na skutek głupich i nieodpowiedzialnych rodziców zaliczyłem lot przez kierownicę, rozwalone kolano i wielkiego siniaka na udzie + złamany błotnik i wgniecione rogi na kierownicy, bo dzieciak (3latek) zamiast iść z nimi biegał kilkanaście metrów za nimi i nagle wskoczył na drogę między Ani a mój rower. Nie chcąc z niego zrobić mielonki dałem po heblach i poleciałem, a rodzice uciekli z miejsca zdarzenia. W takich chwilach ręce opadają.
Niedługo po kraksie znów zaczęło padać, w mżawce dojechaliśmy do kolejnej latarni w Gąskach.


W podobnej pogodzie dotarliśmy do Mielenka, gdzie rozbiliśmy się na sympatycznym campingu. Na szczęście pogoda wieczorem się poprawiła, udało nam się przeschnąć. Prognozy na kolejny dzień były równie kiepskie, ale jak czas pokazał w końcu było lepiej.


Z rana szybki przelot przez Mielno i wzdłuż jeziora Jamno, korzystając z pogody, bo nie wiadomo jak długo będzie trwało to okno. Przy jeździe skrótem przez pola po płytach betonowych łapię kapcia (swoją drogą pierwszego w życiu), na szczęście nie był najgorszy, bo dopompowując co 5 km mogłem jechać do końca dnia. Do tego zaatakował nas wiejski pies... Po przygodach dotarliśmy do Darłowa, gdzie pogoda dała nam odetchnąć.


Do Jarosławca ruszyliśmy fantastycznym szlakiem pomiędzy Bałtykiem a jeziorem Kopań, przez większość drogi widzimy po jednej stronie morze, a po drugiej jezioro, do tego drzewa formowane wiatrami, no dosłownie bajka, gdyby nie płyty betonowe i dość sporo ludzi to byłoby cudnie.


Szybkie wejście na latarnię, obiadek w barze i nocka na polu Perełka. Pole biwakowe w ogrodzie za domem, ale dość tanio, woda, prysznic itd. w cenie, więc całkiem spoko ;)
Po rozbiciu namiotu czas na zmianę dętki.



Kolejna latarnia w Ustce. Pogoda sympatyczna, więc dość szybko i miło przelecieliśmy trasę.


Żwawym tempem do Słowińskiego Parku Narodowego i do kolejnej latarni, zdążyć przed jej zamknięciem. Do Czołpina dojechaliśmy naprawdę szybko, dzięki czemu był czas na mały odpoczynek pod latarnią.


W Smołdzińskim Lesie wylądowaliśmy na najfajniejszym campingu na całej trasie. Camping Classic, pola i wsie, bociany, ptaki, zwierzaki, zero dmuchanych zabawek, zero nosaczy itd. Prawdziwe pole namiotowe jakie lubimy, do tego kibelki, ciepła woda, prysznic i bar z dobrym żarciem w przystępnych cenach. Naprawdę polecamy. Po pierogach z mięsem czas spać, bo następnego dnia mamy do przejechania 60 km do południa.


Planowaną trasę, gdyby nie roboty drogowe i korek mielibyśmy już o 12 zaliczoną, ale ostatecznie na campingu w Łebie wylądowaliśmy o 13. Tu też trafił się miły nocleg, ceny do przeżycia, a wszystko na wysokim poziomie, i co ważne z luzem, bez ścisku, jak np. na sąsiednim molochu, gdzie namiot na namiocie stał, linka w linkę. Po rozbiciu obozu szybko ruszyliśmy do Parku Narodowego na wydmy. Ośmiokilometrowy spacer i jesteśmy w pięknym miejscu.


Dalej Stilo. Tym razem Ania zostaje z rowerami, a ja ruszam przez las szlakiem na latarnię. Wbiegam na górę, seria zdjęć i na dół, bo jeszcze daleka droga przed nami. Ruszamy szlakiem rowerowym, który jak się po chwili okazało jest nieprzejezdny, a to dlatego, że rowerowy jest puszczony razem z konnym, dodajcie sobie do tego piasek i mamy szlak rowerowy pchający. Przy najbliższej okazji postanawiamy odbić na asfalt, jedziemy cali happy, że szybko przejedziemy, ale coś nam po kilkunastu kilometrach nie gra. Okazuje się, że kierunkowskazy w jednej wsi były poprzestawiane i pojechaliśmy nie w tę stronę, więc zostaliśmy zmuszeni nadłożyć sporo drogi. Ale za to odwiedziliśmy dawną granicę naszego kraju pod Żarnowcem i spotkaliśmy tam przesympatyczną parę niemieckich turystów (razem mieli jakieś 180 lat), jadących rowerami też wzdłuż wybrzeża, ale śpieszących się coraz bardziej, bo był poniedziałek, a do czwartku musieli dojechać do Gdańska na pociąg i wrócić na 94 urodziny swojej koleżanki ;) My z racji nadłożenia kilometrów nie zdążyliśmy do latarni Rozewie, więc byliśmy zmuszeni zaliczyć biwak wcześniej na campingu w Jastrzębiej Górze. Wieczorem zaczęło padać, ale rano już nie było źle.


Przelatujemy przez latarnię i w błyskawicznym tempie docieramy na Hel. Chcieliśmy zdążyć na stateczek, płynący z Helu do Gdańska. W trakcie rejsu kropiło, a po przybiciu do portu lało tak, że woda stała po ośki, cali przemoczeni wydostaliśmy się z miasta na wyspę Sobieszewską, na to samo pole, na którym w zeszłym roku spaliśmy po zakończeniu Wisły. Rano prom i jedziemy do Krynicy na latarnię. Szybkie wejście i pieczątka, by ruszyć dalej do Piasków pod granicę rosyjską.


Po kąpieli na granicy ruszamy nazad, bo została nam ostatnia latarnia w Gdańsku do zaliczenia przed powrotem. Lądujemy na campingu w Krynicy, dość drogi i nic specjalnie nie oferował poza ładnym położeniem.
Rano jakieś 35 km przewaliliśmy ciągiem w niecałe 2 godziny. Przeprawa i wlatujemy do Gdańska, o dziwo nie pada, a wręcz przeciwnie, leje się żar z nieba. Jedziemy na ostatnią latarnię, podbijamy pieczątkę i... koniec przygody.

Było mokro, było ciężko, ale mamy to :)
A kolejna duża wyprawa będzie na północy, w krainie odległej i dzikiej, ale o tym kiedy indziej ;)



Podczas wypadu używaliśmy toreb bikepackingowych czeskiej firmy Basama. Sam system pakowania jest całkiem fajny, ale do szybkiej i krótszej jazdy, bo do typowej turystyki rowerowej lepiej sprawdzą się jednak zwykłe sakwy. Torby nam przeciekły i zaczęły się sypać, ale o tym przy recenzji.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jesteśmy PI...dami

Uwaga uwaga - post ten miły nie będzie ale na pewno satyryczny. - mogą pojawić się wulgaryzmy - ZA CO SRRY ;)   DWIE NAJWIĘKSZE Pi..dy POLSKIEJ SCENY SURVIVALOWO/BUSHCRAFTOWO/OUTDOOROWEJ Wczoraj czy może dziś nie wiem na pewnym blogu  o pokrewnej tematyce pojawił się wpis podsumowujący rok. W sumie nic nie podsumował poza tym,że autor nie jaki Tomasz F. zbeształ z ziemią 90% środowiska (tak tak was drodzy czytelnicy też)  i nazwał pieszczotliwie Piz....mi. -swoją drogą uważam,że to nie sprawiedliwe powinniśmy rozdzielić na fiutków i piz....ki, przecież w naszym zacnym gronie obie pcie funkcjonują :D Oczywiście wpis już nie istnieje na blogu bo chyba nasz RAMBO ( bez urazy Stallone ; )  się zsiusiał i poleciał z podkulonym ogonem do mamusi - co zarzuca nam. Ale nie martwcie się tu macie pdfa z wpisem ;) No ale cóż jeśli bycie Pi...dą  to:  spłynięcie Wisły na dmuchanym kanu z Krakowa do Bałtyku w rekordowym czasie 14 dni i 7 godzin.  - pr...

Buszmen w tv - opinia maa

N o i wczoraj stało się,  pokazali mój odcinek PRREPERSÓW GOTOWYCH NA WSZYSTKO. I powiem szczerze,że jestem zadowolony, wyszło nie gorzej. Chociaż pocięli mocno moje wypowiedzi,ale to penie przez to,że podpadłem pani reżyser ;)   No ale tak.  Po pierwszym odcinku,zacząłem się obawiać  co to będzie, bo nie ukrywam dał bym mu 3 max 4 w 10 pkt skali. Na szczęście okazało się,że wyszło dużo,ale to dużo lepiej. Fakt,że wiedzy może zbytnio nie przekazaliśmy. Marek powiedział co to prepping itd.  Ja mniej mówiąc ale na temat bardziej edukacyjny poruszyłem zagadnienie psychologi w przetrwaniu,co nie powiem jest moim konikiem. Odcinek trwał 30 min. a Izery zajęły zaledwie   10minut czyli zdecydowanie za mało by opowiedzieć o survivalu. Ale nie da się ukryć,że mimo iż tekstem nie zaszalałem to miejsca w które ekipę zaprowadziłem robiły wrażenie. A w obrazku wyglądały przednio.  Jeszcze te ujęcia z drona - no nie powiem..... daje okejke :V Lokalizacji...

Nóż-jak wybrać

N óż podstawowe wyposażenie każdego turysty,myśliwego,wędkarza itd.itp. Jednak wybór noża to nie takie proste jakby się mogło wydawać. Jak przejrzycie internet znajdziecie sporo amatorów, w sumie to złe określenie "przygłupów" używających maczet czy innych wielkich noży do wszystkiego.  Uważają,że tylko z takim mieczem można przetrwać.  I można by się z tym zgodzić gdzieś w dżungli czy innym zarośniętym i gęstym zakątku. Ale w naszym klimacie jest to bezpodstawne. A dlaczego takie giganty cieszą się popularnością w śród pseudo survivalowców? Bo czymś trzeba ten las karczować,jakoś budować szałasy czy zakładać pułapki. Tak pułapki. Zdarza się,że tacy mistrzowie zastawiają sidła-a jak wiadomo to najgorsze co można robić. Ale nie o tym będę dziś pisał.  Opiszę tu jak wybrać nóż uniwersalny,jaki powinien mieć kształt itp. Oraz podsunę kilka propozycji noży prawie,że idealnych  w przystępnej cenie. Zacznijmy od początku. Podstawą w wyborze noża jest uświadomi...