Przejdź do głównej zawartości
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Islandia - południe

Poranek rześki i słoneczny nastroił nas mega pozytywnie. Sprawnie się ogarniamy i najpierw lecimy kawałek na zachód do niezwykłego rezerwatu ptactwa. Bardzo cennego obszaru, gdyż jest objęty ochroną i patronatem międzynarodowych organizacji birdwatcherskich. Rezerwat Flói położony kawałek od Eyrarbakki jest malutkim obszarem, gdzie można spotkać wiele gatunków ptaków. Ścieżka liczy zaledwie 2 km, ale łatwo się zgubić wśród wysokich traw i wydłużyć wycieczkę ;) Początek i koniec szlaku jest na parkingu, na którym do dyspozycji turystów jest wychodek i czatownia, która pomieści kilka osób i pozwala wygodnie oglądać naturę nawet podczas islandzkiego załamania pogody.


Ruszamy na ścieżkę i już po kilku metrach możemy podziwiać z bliska, nury rdzawoszyje, krwawodzioby, łabędzie i wiele innych gatunków. Trasa przyjemna, lecz słabo oznaczona, a liczne ścieżki wydeptane przez owce nie ułatwiają orientacji. Szlak jest oznaczony co kilkadziesiąt metrów małym patykiem z czerwonym końcem. Patyk ten często jest przewrócony lub nie ma go wcale :P A jak już jest, to ukryty w wysokiej trawie. Wędrówka przez torfowiska obfituje w wiele obserwacji, ptaki na Islandii niespecjalnie się przejmują ludźmi, dzięki czemu możemy podglądać zwierzęta z bliska. Do tego krajobrazy na horyzoncie robią super otoczkę. Poza ptactwem i wspomnianymi już owcami można też spotkać foki wylegujące się na łachach piachu u ujścia rzeki.


Sprawnie przemieszczamy się na wschód, by zatrzymać się dopiero przy pomniku maskonura.


Kawałek od puffina czekał na nas podobno najbardziej romantyczny wodospad. Podobno, bo wcale takiego wrażenia na nas nie zrobił, ale brzydki też nie był. Seljalandsfoss jest o tyle fajny, że można przejść za nim, jednak my to odpuściliśmy, strasznie pryskał tego dnia, więc lipa ze zdjęciami, a ludzi było multum. Ograniczyliśmy się do obserwacji z odległości i spaceru po okolicy.


Im dalej na wschód, tym gorsza pogoda na południu. Kolejny na naszej trasie był Skógafoss. Chyba najładniejszy, a na pewno razem z Gullfossem walczą o pierwsze miejsce na podium ;)  Gdy docieramy na parking, pogoda nie rozpieszcza, deszcz, wiatr i ogólnie niefajnie. Islandia to o tyle ciekawe miejsce, że każdy nawet największy mieszczuch zakłada kurtkę i zwiedza. Islandia hartuje ;) Wspinamy się na taras widokowy na jego czubku.
Powiada się, że na tej wyspie parasol nie ma sensu, jednak nam umożliwił robienie zdjęć.


Fajne w tym wodospadzie jest to, że można podejść tak blisko, jak chcemy, nie wymaga od nas specjalnej kondycji, każdy może do niego dojść. Co więcej u jego podnóża jest całkiem sympatyczny kemping, dostęp do wody, umywalki, łazienki itd. Godne miejsce na nocleg podczas jazdy, a tym bardziej podczas trekkingu :)

Dalej na naszej trasie był słynny wrak na plaży. Nie był to mus odwiedzin. Ale zawsze podobała mi się ta maszyna, legendarny DC3, chcę chociaż wrak zobaczyć. Stawiamy osiołka na parkingu i ruszamy ku kupie złomu. Gdzieś przeczytałem, że od parkingu do wraku jest 1,5 km. Gdy po godzinie wraku dalej nie było widać, a dookoła były same kamienie, sprawdziliśmy w necie i okazało się, że jest aż 5 km w jedną stronę. Ania była delikatnie mówiąc tylko ociupinkę zła :V No dobra, dość zła. Po drodze mieliśmy okazję oglądać jak rybitwy walczą z krukiem, który próbował się dorwać do ich lęgów.


Wrak na szczęście niezbyt okupowany przez ludzi dał się obejrzeć z bliska, a i zdjęcia dało radę zrobić. Niestety zawiodłem się, bo myślałem, że będzie fajniejszy. Ale z pewnością jak z innymi atrakcjami, gdyby nie pogoda (deszcz, chmury itd.), to by się jeszcze lepiej prezentował. Wrak ulubionej maszyny z okresu II wś zaliczony, więc można mozolnie wrócić do auta.


I znów im dalej na wschód, tym gorzej, deszcz, przerwa, ulewa, przerwa. W mżawce docieramy na Dyrhólaey z nadzieją na spotkanie maskonura. Pogoda nie dopisuje, ale ubieram lustro w 70-200, zakładam pokrowiec Peakdesign i ruszamy na łowy. I jak to w naturze, nie ma, że zła pogoda, młode trzeba nakarmić, więc maskonury latały w najlepsze, deszcz zakłócał jedynie czystość obrazu. W tym miejscu zrobiłem pierwszy tysiąc zdjęć na tym wyjeździe. Podczas robienia sesji temu cudacznemu ptakowi karta mi się zapełniła. Wymienianie karty w deszczu nie jest najmilsze, ale się udało ;)


Po maskonurach przyszedł czas na kolejną atrakcję, czyli czarną plażę. Oddaloną zaledwie chwilę drogi od Dyrhólaey. Mimo małego dystansu chwilę zajęło nam dojechanie, gdyż pogoda jak się domyślacie nie poprawiła się, a pogorszyła. Do tego ruch na drodze się zagęścił, a nie wszyscy kierowcy dawali sobie radę w sprawnej jeździe. Swoją drogą Islandia mocno weryfikuje i ukazuje kto jest z kraju, gdzie pada, a kto z kraju, gdzie słońce i mało złej pogody ;)
Gdy dojechaliśmy na Reynisfjara, to pogoda na moment odpuściła, więc można było spokojnie chodzić i podziwiać. Radość z poprawy pogody nie trwała długo, bo po chwili znów zaczęło padać :(


Jedziemy dalej w deszczu, coraz większym, pogoda nie zamierza się poprawić, a już po 21, więc postanawiamy skorzystać z pierwszego lepszego parkingu i tam zanocować. Jak się okazuje miejsce z zakazem biwaku, ale tak leje, że nas nawet z drogi nie widać (a staliśmy z 20 m od niej). Zakaz biwaku wynikał z tego, że parking zlokalizowany był na terenie geoparku z widokiem na Ketlę. My widoku dalej niż na 5 m nie mieliśmy.



 Noc minęła spokojnie, chociaż deszcz był na tyle silny, że momentami czuliśmy się jak pod ostrzałem w naszej blaszanej chałupce. Co więcej nie wiatr, a deszcz bujał osiełkiem! Rankiem pogoda nieco się poprawiła. Pierwszy tego dnia na naszej trasie jest Laufskálavarða - poletko kopczyków ułożonych przez turystów, w tej aurze wyglądają dość apokaliptycznie.


Na szczęście dalej pogoda się stabilizuje, jedynie lekki chwilowy deszczyk, a tak to wiatr i chmury. Docieramy do miejsca niezwykłego, miejsca które do niedawna było zamknięte, z racji skrajnej nieodpowiedzialności turystów. Głównie fanów Justina Bibera czy jak on tam ma. Otóż swego czasu nagrywał teledysk właśnie w Fjadrargljufur. I trzeba przyznać, że miejsce wybrał piękne, tylko że jego fani je rozdeptali. Kanion ten jest jak rodem wyjęty z Władcy Pierścieni. My zaparkowaliśmy obok hotelu, na końcu asfaltu, niepotrzebnie tak wcześnie, ze spokojem można dojechać osobowym autem pod sam kanion, gdzie jest darmowy parking, kibelki, woda.


Wracamy do osiełka się ogrzać, jemy pyszny skyr. Prawdziwy, a nie typu ;) Przemieszczamy się dalej jedynką, aż docieramy do Kirkjubejarklaustur. Mała mieścina, w której wszystkie nazwy wywodzą się od sióstr, gdyż tu kiedyś był klasztor. I w ten sposób możemy podziwiać wodospad sióstr, kamień sióstr, podłogę kościoła (bazaltową) i kilka innych siostrzanych rzeczy ;)


Jest to też pierwsze miejsce, w którym były drzewa, takie jak u nas, duże. Miło tak po kilkuset kilometrach zobaczyć drzewo wyższe niż 5 metrów ;) A poza dużymi drzewami widzieliśmy też największą terenówkę ;)



W lekkiej mżawce łykamy kolejne kilometry w coraz lepszej pogodzie. Po drodze piękne widoki, wodospady, przy jednym malutkim, ale niezwykle urokliwym postanawiamy się zatrzymać. Gdy już się zatrzymaliśmy, to kolejne auta też postanowiły to zrobić :P


Docieramy do początku lodowca. Największego lodowca Islandii i największego Europy!  Vatnajokull robi ogromne wrażenie. Już od samego początku, kiedy zbliżamy się do jednego z wielu jęzorów nie możemy od niego oderwać oczu. Docieramy na parking w Parku Narodowym. Cena za cały dzień to +/- 40 zł, więc do przeżycia. Ruszamy ku masie lodu. Ścieżka szeroka, przygotowana i zabezpieczona, nie sposób zgubić szlak. Pogoda też się poprawiła i to aż za bardzo, gdyż zrobiło się nieznośnie ciepło. Temperatura powyżej 25* i ostre słońce to nic dobrego. Zarówno dla nas, jak i lodowca.



Widoki zapierają dech w piersiach, chłodny wiaterek od masy lodu ratuje nas przed samospaleniem. Jest bajecznie!


Po nasyceniu się lodowcem obieramy kurs na kolejny wodospad, tym razem Hundafoss. Ścieżka przygotowana podobnie jak na lodowiec, ale stroma, więc dość zmęczeni stajemy na górze wodospadu z widokiem na najwyższe szczyty Islandii.


Schodzimy, napełniamy wszelkie butelki i zbiorniki wodą prosto z lodowca. Pyszna, czysta i zimna woda dostępna dla każdego, wypływa z kranu w budynku Parku Narodowego. Co ciekawe w tym budynku znajduje się wystawka ze sprzętem górskim minionej epoki, ciężkie i toporne wyposażenie ofiar lodowca. Co więcej zginęli kilkadziesiąt lat temu, a góry dopiero niedawno odkryły ich szczątki. Ruszamy dalej ku najładniejszemu kościołowi, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.
Hofskirkja, bo to właśnie o nim mowa, jest budowlą niezwykłą. Kościół wkopany w ziemię, dach z darni, obok mały cmentarzyk, a wszytko okraszone bajecznie powyginanymi drzewami i w otoczeniu pionowych skał. Kiedyś na Islandii takich obiektów sakralnych było więcej, obecnie Hofskirkja jest ostatnim kościołem zbudowanym w tym stylu. Został wzniesiony w 1883 roku. A od 1951 jest w rękach muzeum narodowego Islandii. Jest też jednym z sześciu zachowanych do dziś kościołów zabytkowych. Obok kościółka znajduje się mały ogólnodostępny budynek z wodą, kibelkiem itd. i jest wkomponowany w otoczenie, zresztą jak wszystko na Islandii. Tam nawet jak powstaje coś nowoczesnego, to z poszanowaniem natury i krajobrazu, a nie jak u nas, byle $$ się zgadzał :P


Docieramy do Fjallsarlón w mało przyjemnej aurze. Spacerujemy po brzegu laguny z jeszcze lepszym widokiem na lodowiec.


Pogoda się psuje, więc zostajemy na parkingu na noc. Niestety nie ma toalet, znaczy się są, ale zamknięte na klucz. W nocy trochę pada, a rano widoków nie było.
Ruszamy dalej na wschód, po kilku kilometrach docieramy do parkingu i kolejne spotkanie z lodem. Tym razem wiatr, wilgoć i ogólna niska temperatura sprawia, że jest mega zimno. Odczuwalna mocno poniżej 0*C.


Kolejny postój to już znana i licznie odwiedzana przez turystów laguna Jokulsarlon i Diamond Beach. Zarówno laguna, jak i plaża diamentów robi wrażenie. Masa gór lodowych w lagunie, mniejsze, większe, wyłaniają się z mgieł, a to jedna uderzy w drugą i zmienia cały krajobraz. Na plaży mniejsze i większe bryły pięknie oszlifowane przez wody oceanu. Raj, naprawdę piękne miejsce, tak piękne, że nie idzie tego słowami opisać, to trzeba zobaczyć.


Koniec południa, wjeżdżamy na Fiordy Wschodnie, ale to już w kolejnej części naszej islandzkiej przygody.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jesteśmy PI...dami

Uwaga uwaga - post ten miły nie będzie ale na pewno satyryczny. - mogą pojawić się wulgaryzmy - ZA CO SRRY ;)   DWIE NAJWIĘKSZE Pi..dy POLSKIEJ SCENY SURVIVALOWO/BUSHCRAFTOWO/OUTDOOROWEJ Wczoraj czy może dziś nie wiem na pewnym blogu  o pokrewnej tematyce pojawił się wpis podsumowujący rok. W sumie nic nie podsumował poza tym,że autor nie jaki Tomasz F. zbeształ z ziemią 90% środowiska (tak tak was drodzy czytelnicy też)  i nazwał pieszczotliwie Piz....mi. -swoją drogą uważam,że to nie sprawiedliwe powinniśmy rozdzielić na fiutków i piz....ki, przecież w naszym zacnym gronie obie pcie funkcjonują :D Oczywiście wpis już nie istnieje na blogu bo chyba nasz RAMBO ( bez urazy Stallone ; )  się zsiusiał i poleciał z podkulonym ogonem do mamusi - co zarzuca nam. Ale nie martwcie się tu macie pdfa z wpisem ;) No ale cóż jeśli bycie Pi...dą  to:  spłynięcie Wisły na dmuchanym kanu z Krakowa do Bałtyku w rekordowym czasie 14 dni i 7 godzin.  - pr...

Buszmen w tv - opinia maa

N o i wczoraj stało się,  pokazali mój odcinek PRREPERSÓW GOTOWYCH NA WSZYSTKO. I powiem szczerze,że jestem zadowolony, wyszło nie gorzej. Chociaż pocięli mocno moje wypowiedzi,ale to penie przez to,że podpadłem pani reżyser ;)   No ale tak.  Po pierwszym odcinku,zacząłem się obawiać  co to będzie, bo nie ukrywam dał bym mu 3 max 4 w 10 pkt skali. Na szczęście okazało się,że wyszło dużo,ale to dużo lepiej. Fakt,że wiedzy może zbytnio nie przekazaliśmy. Marek powiedział co to prepping itd.  Ja mniej mówiąc ale na temat bardziej edukacyjny poruszyłem zagadnienie psychologi w przetrwaniu,co nie powiem jest moim konikiem. Odcinek trwał 30 min. a Izery zajęły zaledwie   10minut czyli zdecydowanie za mało by opowiedzieć o survivalu. Ale nie da się ukryć,że mimo iż tekstem nie zaszalałem to miejsca w które ekipę zaprowadziłem robiły wrażenie. A w obrazku wyglądały przednio.  Jeszcze te ujęcia z drona - no nie powiem..... daje okejke :V Lokalizacji...

Nóż-jak wybrać

N óż podstawowe wyposażenie każdego turysty,myśliwego,wędkarza itd.itp. Jednak wybór noża to nie takie proste jakby się mogło wydawać. Jak przejrzycie internet znajdziecie sporo amatorów, w sumie to złe określenie "przygłupów" używających maczet czy innych wielkich noży do wszystkiego.  Uważają,że tylko z takim mieczem można przetrwać.  I można by się z tym zgodzić gdzieś w dżungli czy innym zarośniętym i gęstym zakątku. Ale w naszym klimacie jest to bezpodstawne. A dlaczego takie giganty cieszą się popularnością w śród pseudo survivalowców? Bo czymś trzeba ten las karczować,jakoś budować szałasy czy zakładać pułapki. Tak pułapki. Zdarza się,że tacy mistrzowie zastawiają sidła-a jak wiadomo to najgorsze co można robić. Ale nie o tym będę dziś pisał.  Opiszę tu jak wybrać nóż uniwersalny,jaki powinien mieć kształt itp. Oraz podsunę kilka propozycji noży prawie,że idealnych  w przystępnej cenie. Zacznijmy od początku. Podstawą w wyborze noża jest uświadomi...